PAPIERY
Tłoczą się, kurzą, sklejają, walają, czasem leżą na jednym dużym stosie (myślę, że wtedy wyglądają niemal dostojnie), czasem rozłażą się po podłodze, plenią jak chwasty, jak robactwo, są wszędzie. Zdarza mi się po nich chodzić, nie zauważać miesiącami, zdarza się też, że przez pół dnia maluję coś na jednym z nich. Powstają szybko jak żaden z obrazów lub też dłużej niż którekolwiek z płócien, leżą wtedy latami, kurzą się, czekają, a ja nie wiem na co. Przeczuwam, że chodzi o jakiś rodzaj domknięcia, że czekają (czekamy?) na wydarzenie kiedy jakaś nowa forma, inny papier, duży lub mały, użyty wcześniej w jakimś obrazie lub „bezużyteczny” uzupełni w końcu któryś z nich. Różne wątki spotykają się na jednej kartce lub po prostu na podłodze, a ja myślę, że to jednak jest ciągle to samo opowiadanie. Dobrze jeśli wyniknie z tego spotkania jakaś heca. Coś co nie kończy historii, a zaczyna ją na nowo. Dobrze jeśli ktoś odczyta to na swój sposób.
Postaci, które malowałem i maluję, te które maluje z tymi, które będę malował, spotykając się na płaszczyźnie papieru opowiadają razem historię, która ma dla mnie znaczenie (choć mam poczucie że rozumiem z niej mało). Nauczyłem się nie zadawać tym pracom pytań. Nie zadręczać, tak jak to się często dzieje z obrazami. To łatwiejsze jeśli je bagatelizuje, traktuje niemal jak odpadki, jak śmieci.
Właśnie, mowa o skrawkach, ścinkach, a więc wszystko to trochę śmiesznie brzmi, bo wystarczyłoby powiedzieć że (może poza kilkoma staranniejszymi) są zaszczycone że ktoś, poza mną, je ogląda, że zostały podniesione z ziemi i że wiszą jak jakieś obrazy, i że darowano im życie, dopóki nie zeżre ich czas i olej.